Błażej Brzeźny

Wacom Inkling

Porwanie

Czwartkowy poranek. Wchodzę do biura rozglądając się nieco ospale. Poranne zaćmienie percepcji? Prawdopodobnie. Może kawę wypiję czy coś?

I wtedy go zauważam. Zamieram. Zawsze chciałem chciałem dorwać go w swoje ręce i sprawdzić jak wyobrażenia o nim mają się do rzeczywistości. Doskakuję, wącham, patykiem szturcham. To ten. Zdecydowanie. Okiem rzucam czy nikt nie patrzy. Chowam go za pazuchą i wybiegam szybciutko aby w zaciszu swojej pracowni wypróbować jego możliwości.

Pierwszy kontakt

Pudełko jest duże jak na zawartość którą kryje. Ale taka już natura pudełek – skutecznie oszukiwać. Otwieram. Oto i on, jawiący się w moich oczach niby jednorożec bezmyślnie biegający po tęczy w tę i z powrotem. Wacom Inkling. Magiczne urządzenie pozwalające przenosić rysunki ze szkicownika wprost do komputera. Brzmi nieźle, prawda?

Urządzenie nie jest już nowe – od premiery minęło kilka dobrych lat. Inkling trafił do sprzedaży jesienią 2011 roku i wzbudził niemałe zainteresowanie jako prekursor w dziedzinie bazgrania gdzie popadnie z możliwością cyfryzacji.

Całość zorganizowana jest nawet nieźle. Wszystkie rzeczy elegancko mieszczą się w załączonym pudełku. Prezentuje się to estetycznie i wydaje się wygodne, o ile ktoś oczywiście nosi ze sobą torbę. A nie czarujmy się, nikt nie taszczy ze sobą szkicownika nie mając torby. Waga i wielkość urządzenia w mojej ocenie na plus.

Nie będę się rozwodził na temat designu czy ilości wkładów bo design jest już leciwy a wkładów mamy w zestawie pięć. Koniec tematu. Przejdźmy do części o wiele istotniejszej, czyli do rysowania!

Szkicowanie

Przypinam klips do szkicownika i łapię za piórko. Zdecydowanie nie jest to ani najmniejsza, ani najlżejsza rzecz jaką rysowałem… Tragedii nie ma, ale ja nie jestem jakoś szczególnie wymagający. Zasadniczo, piórko to zwyczajny, odrobinę za duży długopis. Może to być pewien problem dla tych, którzy do rysowania długopisami nie przywykli. Osobiście w ogóle mi to nie przeszkadza, gdyż ostatnimi czasy moim ulubiony narzędziem jest najtańszy, żółty BIC.

Poniżej możecie zobaczyć urządzenie w akcji. Natomiast oba rysunki to skany ze szkicownika do których będę się jeszcze odwoływał.

Digitalizacja

Dochodzimy więc do kluczowego momentu tej opowieści. Zamysł był cudny. Szkicujesz, tak jak lubisz, w ulubionym szkicowniku czy na jakimkolwiek innym kawałku śmiecia który wala się gdzieś na podorędziu, następnie podłączasz klips do komputera i przerzucasz rysunki. Bajka! I tak jak w bajkach nie wszystko w tym opisie jest zgodne z prawdą.

W moim odczuciu moment w którym podłączasz urządzenie do komputera jest ostatnią chwilą by obserwować jednorożca na tęczy. Chwilę później jego ciało z łoskotem upada na bruk.

Po krótkiej instalacji dostajemy w twarz ultrapaskudnym interfejsem aplikacji do zarządzania zawartością Inklinga. Program, nie dość że brzydki jak diabli, to w dodatku strasznie niefunkcjonalny. Niby są jakieś ikonki, ale ciężko się odnaleźć. Nawet są jakieś funkcje ale zdecydowanie nie spełniają oczekiwań.

Jedna z nich jest szczególnie godna uwagi. Otóż każdy rysunek, który mamy w pamięci urządzenia ma opcję “odtwarzania”. Możemy w aplikacji zobaczyć film z tego jak powstawał. Ekstra – pomyślałem! Zapiszę ten film, żeby się nim z wami podzielić. No ale okazało się, że Wacom nie przewidział takiej możliwości. Pliku nijak nie da się zapisać na dysku. Brawo Wacom, przemyślana opcja!

A tak wyglądają rysunki przetworzone przez Inklinga. Szok i niedowierzanie. Porównajcie je szybko ze skanami wyżej. Też zauważacie tę subtelną różnicę?

(ile ja się namęczyłem, żeby tego gifa zrobić, to nawet nie będę pisał)

Może jestem złośliwy, a może zbyt wiele oczekuję od życia. Z rysunkami przetworzonymi przez Inklinga właściwie nic nie da się zrobić. Nie dość, że dokładność jest taka jak widzicie wyżej (czyli żadna) to w dodatku linie zamieniane są na wektory. I to nie na ścieżki co byłoby ciekawym rozwiązaniem, tylko na kształty. Super.

Zainteresowałem się tym urządzeniem jako rozwinięciem idei szkicownika, a zdecydowanie nie nadaje się ono do mojego sposobu rysowania. Cyfryzacja rysunków jest niedokładna, chyba, że ktoś rysuje jedną ciągłą linią. A to się raczej rzadko zdarza.

Konkluzja

W moim odczuciu Wacom Inkling można traktować jedynie w kategorii egzotycznej ciekawostki. Nie bardzo widzę praktyczne zastosowanie dla tego produktu w swojej codziennej pracy. Piórkiem szkicuje się całkiem dobrze, ale to tylko narzędzie, które można zastąpić właściwie dowolnym długopisem.

Za cenę tego zestawu można kupić bardzo dobry skaner, który doskonale oddaje wszystkie szczegóły rysunku. Chociaż zarówno skan jak i plik z Inklinga nie jest niczym innym niż podkładem, warstwą startową od której można dopiero rozpocząć pracę. Tak naprawdę nawet nie trzeba mieć skanera, wystarczy cyknąć fotkę swoim cegłofonem i też będzie w porządku. Jako podkład, rzecz jasna.

Zwracam więc urządzenie raczej rozczarowany. Spodziewałem się czegoś więcej, a dostałem coś bardzo niedopracowanego. Nawet sam Wacom wycofał się cichcem z projektu, bo strona Inkling nie była aktualizowana od momentu wypuszczenia produktu na rynek. 

Tak właśnie giną jednorożce.

Na pocieszenie

A co mi tam, dorzucę wam dwa bonusowe szkice, żeby nie kończyć tak depresyjnie tym umierającym jednorożcem. Nie, żeby Nosferatu był jakiś szczególnie optymistyczny ale wiecie, lepiej to niż… a zresztą…

Miłego wieczoru, bo już niedługo weekend!

Od jakiegoś czasu robię to, co lubię, dumnie nazywając to pracą. Jestem dobrze zorganizowany i bardzo nie lubię gdy ktoś wprowadza chaos do mojego ułożonego świata. Zdarza mi się komponować muzykę, zwłaszcza gitarową. Pisuję również wiersze, ale głównie jesienią. Mam wiele ambitnych planów. Wszystkie realizuję.

1 Comment

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *